O potrzebach

1.

Wszyscy dzisiaj jesteśmy wyznawcami religii potrzeb. Ilość potrzeb, od których zaspokojenia zależy ludzkie szczęcie wzrastała na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat w sposób wręcz zastraszający. A codziennie słyszymy o nowych. Wystarczy włączyć radio, telewizor, internet, pójść na spotkanie ze znajomymi, żeby się dowiedzieć o nowych potrzebach, które rzekomo mamy i od zaspokojenia których zależy nasze już nie tylko szczęście, ale zwyczajne dobre samopoczucie.

Dzisiejszemu człowiekowi nie wystarcza już dach nad głową, jakieś odzienie i strawa. Potrzebuje znacznie więcej. Ma rozmaite aspiracje. Chce być zrealizowany zawodowo, nie chorować, młodo i pociągająco wyglądać nawet w podeszłym wieku, przeżyć prawdziwą miłość, mieć piękną oraz kochającą żonę lub męża, udane dzieci, następnie chce żyć na odpowiedniej stopie, chce cieszyć się uznaniem, mieszkać w atrakcyjnym miejscu, rozwijać swoją osobowość, czytać ciekawe książki, poznawać ciekawych ludzi, bywać, jak to się mówi, w różnych miejscach, podróżować, raczyć się tym i owym, w ogóle doświadczać tego i owego, żyć głęboko i intensywnie, a na końcu doznać obowiązkowego zbawienia z ręki jakiegoś boga, który tylko usłużnie czeka, żeby tego aktu człowiekowi udzielić.

Przy braku zaspokojenia którejś z tych rzeczy człowiek współczesny odczuwa osobliwy dyskomfort, a nawet nieszczęście. Mówi o tym nieszczęściu głośno, żali się, opowiada o swoich niezaspokojonych potrzebach. Współczesne serwisy informacyjne tylko go w tym wspierają: informują nas bowiem przede wszystkim o dwu rzeczach: albo o tym, że zaspokojenie którejś z naszych potrzeb jest zagrożone, albo o tym, komu, gdzie i jak udało się zaspokoić jakąś potrzebę.

Tymczasem perspektywa mnożenia nowych potrzeb, jest, jak to proroczo zapowiedział już Arthur Schopenhauer, wprost nieskończona. Kolejne pokolenia będą potrzebowały kolejnych rzeczy, doświadczeń, nigdy nie zaznawszy ostatecznego spokoju, ani ukojenia. Jesteśmy więc we władzy religii potrzeb. Naszymi kościołami są współczesne domy handlowe, kluby, puby, restauracje, media. Jest to religia całkowicie egalitarna i uniwersalna.

 

2.

Tradycyjna filozofia i psychologia wyróżniały potrzeby i pragnienia. Przez potrzeby rozumiano te rzeczy, bez których człowiek nie mógłby przeżyć, jak jedzenie, picie, oddychanie, schronienie czy odzienie. Pragnienia to wszystkie pozostałe rzeczy, do których dążymy. Antyczni epikurejczycy uczyli, że szczęście zapewnia nam ograniczenie się do najbardziej podstawowych potrzep. Wszystko inne mamy traktować jako dary losu.

Cechą człowieka współczesnego jest po pierwsze to, że nie akceptuje granicy między potrzebami, a pragnieniami. Ten brak akceptacji wyrósł z oświeceniowej wiary w możliwości człowieka. O ile w starożytności uważano, że droga do szczęścia wiedzie przez dostosowanie się do rzeczywistości, o tyle począwszy od oświecenia zaczęliśmy uważać, że szczęście uzyskujemy na drodze dostosowania (przekształcenia) rzeczywistości do siebie. Czyli do czego? Do naszych potrzeb.

O ile więc w starożytności naturalne ograniczenia naszym potrzebom narzucała natura, o tyle obecnie, w dobie cywilizacji technicznej i wiary w sprawstwo człowieka, wydaje się, że nie ma takich ograniczeń. Możemy pragnąć, co tylko nam się zamarzy, a następnie zmienić rzeczywistość, żeby nasze marzenie się zmieniło. Ktoś pragnie latać? Czuje się nieszczęśliwy bez latania? Niech lata. W przyszłości ludzie będą się być może czuli niespełnieni jeśli choć raz w życiu nie byli na księżycu. No bo co to za życie, jeśli się nie było na księżycu?

 

3.

Czy mamy prawo mieć coś przeciwko religii potrzeb? Co nam do tego, że ktoś czuje się nieszczęśliwy czy niespełniony bez miłości, posiadania dziecka, podróży do Meksyku, obejrzenia koncertu swojego ulubionego zespołu muzycznego? Epikurejczyk powie: powściągnij pragnienia, ogranicz się tylko do potrzeb. W odpowiedzi uzyska: ale miłość to moja potrzeba, ja bez tego nie mogę żyć. I co ma na to odpowiedzieć epikurejczyk? Czy ma prawo przekonywać, że to nie jest potrzeba, lecz pragnienie?

Albo jeśli ktoś mówi mi, że potrzebuje ładnie wyglądać (stąd wybiegi kosmetyczne i chirurgiczne), kto mnie upoważnia oceniać to jako próżność i powierzchowność? Czy człowiek nie jest całkowicie wolny i nie ma prawa uzależniać swojego szczęścia od czego tylko zapragnie? Czy jakieś potrzeby są ważniejsze od innych? Kto to jeszcze dzisiaj może wiedzieć?

Nie potępiam religii potrzeb. Niech sobie będzie. Ja, jako współczesny stoik, nie wierzę, że te wszystkie rzeczy muszą być moją potrzebą. Jeśli ktoś mi mówi, że potrzebuję tego, czy tamtego, odpowiadam: niekoniecznie. I to jest jedyna dzisiaj możliwa odpowiedź stoicka: potrzeby są niekonieczne.

Ujmując to bardziej lapidarnie, uważam, że z perspektywy współczesnej kultury dałoby się streścić (jakkolwiek byłoby to bardzo nieprecyzyjne streszczenie) stoicyzm w zdaniu: człowiek nie potrzebuje mieć żadnych potrzeb.

 

4.

Tak więc droga współczesnego stoika zaczyna się od tego jednego fundamentalnego odkrycia. Człowiek może, ale nie musi mieć tych wszystkich potrzeb oraz pragnień. Z punktu widzenia duchowości stoickiej, jeśli ktoś już wstąpi na tą drogę mówimy: moją jedyną potrzebą jest nie mieć żadnych potrzeb.

Spełnienie tego warunku jest całkowicie wystarczające do wszystkiego, a przede wszystkim do życia. Uwalniając się od wszystkich naszych potrzeb uzyskujemy zupełnie nowe spojrzenie na świat, stajemy się wolni.

Jako stoik powiadam: zamieńcie swoje potrzeby na ochoty. Mam ochotę na to, czy tamto. Co to znaczy? Rozpoznaję w moim organizmie zapotrzebowanie na takie czy inne działanie. Czy to znaczy, że muszę się z tym zapotrzebowaniem identyfikować? Nie. To tylko możliwość, którą mogę wybrać lub nie.

Co to znaczy, że to tylko możliwość? To znaczy, że moje tak zwane szczęście, spełnienie, czy jak byśmy to jeszcze nazwali, nie zależą od zaspokojenia tej potrzeby.

 

5.

Potrzeby albo, jak ja wolałbym je nazywać, ochoty, wskazują nam drogę, którą moglibyśmy pójść. Ale nasze szczęście nie musi zależeć od tej czy inne drogi, którą moglibyśmy pójść. Od czego więc zależy? Od stanu naszego umysłu.

Dzięki pracy nad sobą czyli tak zwanej duchowej dyscyplinie możemy sprawić, że nasz umysł zacznie inaczej funkcjonować – przyjemnością oraz szczęściem zacznie być dla nas sam proces życia. Samo to, że mamy jakąś drogę do przejścia, a nie dana droga, są źródłem radości. Koncentrując się na wyborze drogi, na naszych celach, zapominamy, że cel został już dawno osiągnięty, że jest w nas, że my nim jesteśmy.

Duchowością stoicką, a może i wszelką duchowością, rządzi pewien cudowny paradoks. Koniec jest już na początku. Kto zrozumie ten paradoks, nie będzie się już ciskał w te i we w te, skacząc od jednej potrzeby do drugiej. Będzie raczej przyjmował to, jak się sprawy toczą, świadom, że samo życie oraz bycie tu i teraz jest już radością.

 

6.

A więc co? Mów sobie codziennie: nie potrzebuję, ani żyć, ani nie żyć, ani iść w tą stronę, ani w inną, ani ciężko pracować, ani mało pracować, ani jeździć na wakacje, ani na nie nie jeździć, ani się zakochiwać, ani być przedmiotem zakochania, ani mieć dzieci, ani ich nie mieć. Wszystko, czego potrzepuję to być tutaj i być sobą, obserwować, jak rzeczy się dzieją, jak ja z nimi zdążam zgodnie z odwiecznym rytmem.