Moja droga do stoicyzmu

Moje spotkania ze stoicyzmem rozpoczęły się wiele lat temu, podczas studiów filozoficznych na Uniwersytecie Warszawskim. Przeczytałem wówczas kilka historycznych książek na temat stoicyzmu oraz sporo tekstów źródłowych starożytnych stoików. Byłem pod olbrzymim wrażeniem emanującej z nich siły ducha, godności oraz głębokiej wiary w ludzkie możliwości. Jednocześnie zastanawiało mnie jak bardzo współczesna filozofia oraz sposób jej nauczania odeszły od stoickiego modelu filozofii jako sztuki życia. Zamarzyło mi się wtedy, we wczesnych latach dziewięćdziesiątych XX wieku, żeby filozofia ponownie mogła jeszcze kiedyś być spotkaniem ludzi wspólnie poszukujących mądrości oraz prawdziwie dobrego życia, ale poszukujących nie w sposób teoretyczny, na drodze dyskusji i intelektualnych spekulacji, ale w codziennej żmudnej praktyce zmagania się ze sobą i przybliżania się do ideału szczęścia oraz spokoju ducha.

Kiedy w tych wczesnych latach rozmawiałem z innymi filozofiami o moich marzeniach i wizjach, spotykałem się dość często z daleko idącym sceptycyzmem, graniczącym nawet niekiedy z subtelną kpiną. Mówiono mi, że takie podejście jest ahistoryczne, że sprawami duchowości i sztuki życia zajmuje się obecnie religia i psychologia, a nie filozofia. Jednak nie bardzo mnie to przekonywało. Kiedy współczesny filozof używa słowa „ahistoryczny” ma zazwyczaj na myśli, że coś jest nieaktualne, albo przestarzałe. Kto (lub co) decyduje, że coś jest nieaktualne? Opinia większości? Utrwalone tendencje w naszym sposobie myślenia i filozofowania? Czy gdybyśmy za jedynie słuszne przyjmowali tylko to, co jest aktualne, to czy nie oznaczałoby to paraliżu wszelkiego twórczego myślenia, postępu, zmiany? Tego rodzaju myśli chodziły mi po głowie, kiedy na przestrzeni lat z niezmiennym podziwem zaglądałem do tekstów różnych klasycznych stoickich autorów.

Tymczasem rozpocząłem tak zwaną karierę akademicką oraz zająłem się tak zwanym życiem. Oba te przedsięwzięcia niosły ze sobą zarówno uniesienia jak i troski. Z jednej strony, na polu działalności akademickiej, sporo czytałem, spotykałem się z ludźmi, dyskutowałem, przeżywając intelektualne fascynacje oraz udręki. Z drugiej strony, na polu życia osobistego, zakochiwałem się, pobierałem, płodziłem dzieci, zaciągałem kredyty hipoteczne, zawierałem przyjaźnie, przeżywałem różne rozterki, popadałem okresowo w depresję – w ogóle doświadczałem, przeżywałem, podejmowałem decyzje oraz ponosiłem ich, niekiedy bolesne, konsekwencje. Jak każdy i każda z nas, współczesnych ludzi.

Stoicyzm towarzyszył mi w tym z mniejszego bądź większego oddalenia. Niekiedy sięgałem do autorów stoickich, szukając wsparcia, rady, ukojenia czy wyciszenia. Innym razem wyobrażenie stoickiego mędrca zjawiało się jako, jak to ujął Justus Lipsius, rodzaj lustra1 czy mementa unaoczniającego mi dotkliwie jak bardzo ja sam wiodłem życie odległe od stoickich ideałów. Czyli jakie? Wypełnione sprzecznymi emocjami oraz namiętnościami, próżnością, zamartwianiem się rzeczami, które na to nie zasługują, w końcu uzależnianiem swojego szczęścia, spełnienia czy czego tam jeszcze od spraw i wartości, które tego nie dają. Żeby to jeszcze raz powtórzyć, w nadziei złudnego samousprawiedliwienia – żyłem jak wszyscy.

Wyobrażałem sobie więc moich ulubionych starożytnych autorów, grupami lub pojedynczo, jak stają z boku, przypatrując mi się w smutno-współczującym milczeniu. Marek Aureliusz, Seneka, Epiktet, Zenon, Chryzyp, Musoniusz Rufus, Katon, przede wszystkim oni. I oni stali tak z tego boku, milcząc wymownie i z tą ich cierpką życzliwością w spojrzeniach – ja zaś im w duchu odpowiadałem:

− Tak, naturalnie, wszystko to inaczej wygląda niż byście wy sobie tego życzyli, ja wiem. Ale sami tylko zobaczcie jak wygląda nasze tutaj dzisiejsze życie. Człowiek się rodzi i, jak to ujął zdaje się Schopenhauer, od razu zaczyna biec z górki2, że tak powiem, na łeb. I po prostu nie da rady się zatrzymać. Przecież, żeby zacząć być stoikiem i ćwiczyć się w stoicyzmie, trzeba choć trochę wyciszenia, dystansu, trzeba jakby częścią swojego umysłu zatrzymać się na chwilę, rozważyć to i tamto, powziąć różne fundamentalne postanowienia. Tymczasem wszystkie części mojego umysłu, umysłu współczesnego człowieka, siedzą w rozpędzonym pociągu i żadna nie może wysiąść. Sami więc widzicie, nasze życie się dzieje, a my jesteśmy jego tak zwanymi pasażerami.

Ja tak mówiłem, a oni słuchali, wciąż nic nie mówiąc. Może po prostu czekali? A ich milczenie może mówiło tylko: jeszcze nie czas? Ale na co czekali?

Z jednej bowiem strony antyczni stoicy po wielokroć powtarzają, że na rozpoczęcie uprawiania filozofii stoickiej zawsze jest pora, że nie ma co zwlekać, że najlepsza pora to zawsze teraz. Z drugiej jednak strony przestrzegają, że jeżeli już zaczynamy, to oby kierowały nami właściwe motywy. A jaki motyw jest właściwy? Jest to idąca z głębi serca potrzeba pracy nad sobą. Żaden inny motyw się nie liczy. W mowie Epikteta zatytułowanej Przeciwko jednemu, którego Epiktet nie uznał za godnego słuchania swojego wykładu czytamy więc:

„Gdy zatem kiedyś chęć ciebie zabierze posłuchać filozofa, nie zwracaj się do niego z pytaniem: ‘Dlaczego nic do mnie nie mówisz?’. Ale pokaż się tylko godnym i zdatnym do słuchania, a zobaczysz, jak pobudzasz go do mówienia.” [Diatryby. II.25.]

W związku z tym przypomina mi się pewna historia. Kilka lat temu, kiedy już od ponad roku organizowałem spotkania i warsztaty w ramach założonego przeze mnie Centrum Praktyki Stoickiej, jeden z ich regularnych uczestników zapragnął także wziąć udział w moich zajęciach akademickich. W tamtym bowiem czasie, poza CPS, które powstało, żeby szerzyć stoicyzm w szeroko rozumianej przestrzeni publicznej, prowadziłem też na Uniwersytecie Warszawskim coroczne seminaria i wykłady poświęcone problematyce stoickiej – ich forma była spójna z akademickim systemem nauczania i adresowane były przede wszystkim do studentów Instytutu Filozofii UW. Miały więc charakter bardziej specjalistyczny, o czym poinformowałem zainteresowanego adepta stoicyzmu. Powiedział, że i tak przyjdzie, bo interesuje go pogłębianie swojej wiedzy na różne sposoby.

Przyszedł więc, a po seminarium podszedł do mnie i chwilę rozmawialiśmy.

− To jednak nie to, co mnie interesuje − powiedział.

− Co masz na myśli? − spytałem.

− Nie mam czasu na takie rzeczy − kontynuował (w ogóle wydawał mi się poruszony).

− Na jakie rzeczy? Wyjaśnij mi proszę − nie ustępowałem tymczasem.

− Na intelektualne spory. Tutaj ludzie przyszli podyskutować, dowiedzieć się czegoś ciekawego. To gówniana motywacja. Ja chcę pracować nad sobą, a nie bawić się w gierki słowne.

Z jednej strony pomyślałem, że mówi trochę jak Epiktet. Z drugiej strony jednak nieco mnie zaskoczyła, a nawet ubodła jego dosadność. To już nie można się czymś po prostu interesować? Starałem się trochę bronić moich studentów i w ogóle praktyki akademickiej. Wszakże w tym jednym musiałem mu przyznać rację − jego przesadna reakcja była tylko wypadkową siły jego determinacji − prawdziwa praktyka stoicka i w ogóle poważne oraz głębokie zajmowanie się stoicyzmem bierze się tylko z jednej, wspomnianej wyżej pobudki. Wszystko inne, jakkolwiek inteligentne i wyrafinowane by nie było, to tylko gadanie. Kto tego nie poczuł oraz nie pojął, ten nie zetknął się jeszcze ze stoicyzmem, a jedynie słyszał o tym i owym.

Owo i mi się przytrafiło przez pierwsze lata moich spotkań ze stoicyzmem. Coś czułem i coś rozumiałem, ale byłem jeszcze zasadniczo niegotowy. Stoicyzm spotkał mnie wprawdzie, ale ja, że się tak wyrażę, nie spotkałem stoicyzmu.

Trzy zjawiska czy procesy, nałożywszy się na siebie, sprawiły, że przestałem się w końcu jedynie interesować stoicyzmem, lecz zostałem stoikiem, tj. wstąpiłem na drogę praktykowania, a następnie nauczania stoicyzmu. Pierwszy powód miał charakter hermeneutyczny, drugi społeczny, trzeci zaś w ścisłym tego słowa znaczeniu osobisty.

Powód hermeneutyczny (hermeneutyka to sztuka rozumienia) jest bardzo prosty. Stoicy od samego początku głoszą, że ich filozofia ma cel praktyczny, mianowicie osiągnięcie przez adeptów stoicyzmu postępu duchowego w postaci podniesienia realnej jakości ich życia. Tradycyjnie mówi się tu o szczęściu lub tak zwanym dobrym życiu (polskie określenie „dobrobyt”, jeśli rozpatrywać je w kategoriach duchowych, wydaje mi się bardzo adekwatne). Oznacza to, że doktrynę stoicką należy rozpatrywać jako nieodłączną część praktyki. Stoicy postrzegają ludzkie życie jako całość, w której teoria i refleksja stanowią część działania, podejmowania decyzji oraz odczuwania świata. Nie mają zrozumienia dla czystej teorii. Jak pisze Epiktet:

„Żem kilka rozpraw wstępnych napisał, żem przeczytał dzieła Chryzypa, przez to żem się nawet nie zbliżył pode drzwi filozofii.” [Diatryby. II.16.]

Czy można dobrze zrozumieć doktrynę stoicką nie spróbowawszy jak działa w praktyce? Jako wykładowca akademicki wciąż napotykałem w stoicyzmie na rozmaite problemy, paradoksy oraz niejasności terminologiczne. W szczególności interesowało mnie jedno: co stoicy dają w zamian? Co uzyskujemy w zamian za wyrzeczenie się wszystkiego. Chciałem to dobrze zrozumieć, tym bardziej, że zarzuty o apatię, marazm oraz melancholię to jedne z najczęściej wysuwanych przeciw stoicyzmowi. Uznałem, że autentyczne praktykowanie tej filozofii jest wartościową drogą rozumienia istoty jej przesłania. Rozumienie być może przychodzi od wewnątrz działania. Żeby wiedzieć czym coś jest, trzeba to coś robić. Być może rozmowa o stoicyzmie bez ćwiczenia go jest jak rozmowa o winie bez smakowania go.

Powód społeczny jest równie prosty. Kiedyś dawałem wykład – nie pamiętam już dzisiaj czego dotyczył – i podczas jednej z dygresji wspomniałem, że współcześni ludzie, w obliczu duchowego kryzysu, chętnie sięgają po nauki modnych wschodnich tradycji religijno-filozoficznych. Tymczasem przecież, dodałem, nasza własna zachodnia kultura ma także ciekawą duchową ofertę, z której nie czerpiemy.

− Na przykład stoicyzm − kontynuowałem gestykulując z przejęciem − czemu zamiast buddyzmu, czy jogi nie praktykujemy dzisiaj stoicyzmu?

Zaplanowałem to jako pytanie retoryczne. A jednak jeden z moich słuchaczy zgłosił wówczas zastrzeżenie:

− Tak, ma pan oczywiście rację − ale nie ma dzisiaj praktykujących mistrzów stoickich, do których można by się udać po poradę. Są natomiast buddyjscy i jogini.

To była celna uwaga. Kto dzisiaj, wobec współczesnego człowieka i wszystkich jego bolączek, stanowi żywe świadectwo wartości stoicyzmu? Powziąłem wówczas postanowienie, które miałem po paru latach zrealizować, żeby zacząć szukać drogi do współczesnej praktyki stoickiej.

Powód osobisty był stosunkowo złożony. Przez wiele lat wykładałem filozofię, starając się dochować wierności akademickiemu ideałowi obiektywności. W efekcie zdobyłem umiejętność przekonywującego argumentowania na rzecz wielu różnych światopoglądów i stanowisk. Miało to swoje konsekwencje duchowe, przejawiające się w osobistej dezorientacji. Kim ja właściwie jestem? Co ja sam myślę? Nie miałem dobrych odpowiedzi na te pytania. Stopniowo coraz bardziej zaczął mi doskwierać brak zakorzenienia. Poważne duchowe zakorzenienie, pozwalające nam zbudować tożsamość, identyfikację oraz znaleźć odpowiedzi na pytania dotyczące wartości i sensu naszych działań uważam obecnie za jedno z najpilniejszych cywilizacyjnych bolączek. Postawa neutralności światopoglądowej przez lata rozwijała, u mnie i moich studentów, skłonności relatywistyczne, nihilistyczne, brak zaangażowania, niezdecydowanie, zagubienie i tak dalej. Przestało mi się to podobać.

Pytanie, jakie miałem wtedy i jakie cały czas mi towarzyszy brzmiało: jak się zakorzenić (zidentyfikować z określoną tradycją duchową) bez sprzyjania zjawisku nietolerancji, pogardy i wykluczenia wobec tych, którzy są zakorzenieni w co innego? Ujmując to pytanie inaczej: jak głosić i wierzyć, że coś jest dla mnie ważne, bez jednoczesnego przekonania, że to jest ważniejsze? Przecież wybrałem to dlatego, że to jest ważniejsze dla mnie niż inne rzeczy. Tak? A przecież tolerancja opiera się na założeniu, że nic nie jest ważniejsze, żadna tradycja i światopogląd. Tak? Jak to pogodzić ze sobą? Uważam te pytania za jedne z najważniejszych dzisiaj.

Postanowiłem zakorzenić się w stoicyzm, bo zawsze był mi najbliższy. Jednak robiłem to z wymienionymi wyżej pytaniami tkwiącymi gdzieś głęboko z tyłu mojej głowy. Znałem już wówczas dobrze pisma stoików i wiedziałem, że wiele ich wypowiedzi nie spełnia standardów współczesnej tolerancji. Weźmy na przykład jeszcze raz cytowanego tu już Epikteta. Pisze on dość pogardliwie o mężczyznach mających zwyczaj golić swoje twarze. Czytamy więc u niego:

„Mężczyznaś ty to, niewiastaśty to, co? − Mężczyznam. − A przeto mężczyznę upiększaj w sobie, nie zaś niewiastę. Natura stworzyła niewiastę gładką i delikatną. A jeśli któraś zarasta szczecią, jest dziwotworem i pomiędzy dziwotworami jest wystawiana na pokaz w Rzymie. I także samo rzecz ma się z mężczyzną, który nie zarasta szczecią. I jeśli któryś z natury nie obrośnięty jest szczecią, jest dziwotworem, no a jeśli sam sobie szczeć goli albo wyskubie, to co z nim zrobimy? Gdzie go wystawimy na pokaz i jakiej treści damy obwieszczenie? Chyba takiej: ‘Patrzcie, oto mężczyzna, który niewiastą woli być niżeli mężczyzną!’ O, co za potworne widowisko!” [Diatryby. III.1.]

Jak to? Czy ja, jako współczesny praktykujący stoik, mam pogardzać ludźmi (mężczyznami) golącymi twarz? Prawda jest taka, że u antycznych stoików da się znaleźć sporo podobnych zapisków – ich literalne odczytanie szybko sprawiłoby, że raczej ośmieszyłbym stoicyzm niż go spopularyzował. Przeplecione są one jednak ustępami świadczącymi o głębokim humanizmie, męstwie, wzniosłości oraz tolerancji, wierze w równość wszystkich ludzi, bez względu na płeć, pochodzenie społeczne czy kolor skóry. Jak to jednak przysposobić do użytku dla współczesnego człowieka? To było i jest moim nieustającym wyzwaniem. Historia zna wiele doktryn ewoluujących w czasie i adaptujących się na do nowych standardów oraz stanu wiedzy. Chrześcijaństwo jest najlepszym tego przykładem. Stoicyzm też był, w starożytności, i byłby do dzisiaj, gdyby udało mu się zachować ciągłość tradycji. Odzyskanie tej ciągłości jest moim celem właśnie.

Sama potrzeba zakorzenienia nie była jednak moim jedynym motywem „nawrócenia się” na stoicyzm. Wydaje mi się, że jednym z kluczowych doświadczeń było doświadczenie ciemności. Nie będę się tu nad tym rozwodził. Wszyscy wiemy jak wygląda współczesne życie. Niektóre jego aspekty opisałem niedawno w książce Fiasko. Podręcznik nieudanej egzystencji, gdzie w niekonwencjonalny sposób zachęcam czytelnika do próby podjęcia praktyki stoickiej. Ciągle za czymś gonimy, miotają nami sprzeczne potrzeby oraz pragnienia, w efekcie doprowadza nas to nierzadko na skraj tak zwanej przepaści. Uświadamiamy sobie, że albo coś ze swoim życiem zrobimy, albo spadniemy w tą przepaść z hukiem oraz fajerwerkami. Ja, w moim osobistym życiu, stanąłem na skraju takiej przepaści. Uznałem, że albo naprawdę zostanę stoikiem, albo przepadnę.

W pewnym sensie nie miałem więc wyjścia. W ten sposób jednak, motywowany szczerą potrzebą wewnętrznej przemiany, sprawiłem, że otworzyły się w końcu usta milczących do tej pory we mnie mistrzów stoickich. I zaczęli do mnie przemawiać. Zrozumiałem, że to być może jest pierwsza zasada poważnej praktyki stoickiej: doświadczyć rozpaczy (upadku w jakiejkolwiek postaci) i chcieć się odmienić. Ja wciąż chcę. Każdy kolejny dzień, chociaż bywało różnie, utwierdza mnie w tym, że warto.

1 Por. Justus Lipsius. O stałości. [Autor, przedstawiciel renesansowego stoicyzmu, radzi, żeby, na zasadzie ćwiczenia duchowego, wyobrażać sobie i nosić w sercu ideał mędrca stoickiego. Ideał ten miałby pełnić funkcję lustra, w którym przeglądając się moglibyśmy monitorować stan naszej kondycji duchowej.]

2 Dokładnie myśl Schopenhauera brzmi: „Nasze istnienie nie ma innej podstawy ani gruntu, na których by się opierało, poza ulatniającą się teraźniejszością. Dlatego formą jego jest z istoty stały ruch bez możliwości spoczynku, do którego wciąż dążymy. Przypomina biegnącego z góry, który musiałby upaść, gdyby chciał się zatrzymać, a utrzymuje się na nogach tylko biegnąc dalej.” Arthur Schopenhauer. W poszukiwaniu mądrości życia. Peregra i paralipomena. Drobne pisma filozoficzne. § 144.